Woo! Przypomniałem sobie, że założyłem kiedyś coś takiego, jak ten pseudo-blog, by móc się uzewnętrzniać! Woo!
Także wieczór wam wszystkim. Nie wiem czy dobry, ale wieczór na pewno, więc witajcie. Zapewne pisze sam do siebie, ale czy to ma jakieś znaczenie? Who knows, who cares.
No więc - rok. Rok z hakiem minął od ostatniego posta, co oznacza, że jestem w drugiej klasie liceum, niedługo stuknie mi osiemnastka. Może więc czas zrobić jakieś podsumowanie? Podsumowanie dotychczasowego życia; osiągnięć, czy coś podobnego, jak to robili jacyś-tam-romantycy, co zasłyszałem kiedyś na lekcji polskiego, gdy akurat nie spałem.
Tak patrząc z perspektywy czasu - od założenia tego bloga (i dodania zniewalającej liczby postów) -zmieniłem się o jakieś sto osiemdziesiąt stopni i aż sam się zdziwiłem. Czytając te moje wcześniejsze wypociny, mam wrażenie, że czytam słowa zupełnie innego człowieka. Ale jak to tak? Przecież to byłem ja, dwa lata młodszy, ale wciąż ja. Dlaczego więc to myślenie wydaje mi się tak obce? Nie rozumiem, przecież w moim nudnym życiu nie wydarzył się jakiś przełom, który zaburzyłby mój światopogląd. Czy tak działa dorastanie? Jeśli tak, to ja dorastać już nie chcę.
Wtedy wszystko wydawało się jakieś prostsze, nawet pomimo nawarstwienia moich często wyimaginowanych problemów; wszystko było prostsze. Teraz muszę już myśleć o swojej przyszłości, o maturze, która czai się za rogiem, o studiach, bla bla bla, o tym wszystkim, wiążącym się z dorosłością. Ale ja nie chce.
Nie i już.
Bo nie mam na siebie żadnego pomysłu. Nie mam pojęcia czego chciałbym się podjąć, na jaki kierunek pójść na uczelnię, co robić za x lat. Kiedyś było łatwiej, bo nie miałem tych pseudofilozoficznych rozterek. Miałem wyraźnie wytyczony cel - skończyć szkołę, pójść na anglistykę, cieszyć się życiem, może nawet pewnego dnia założyć rodzinę. Teraz wszystko to się posypało. Już nie wiem, co chcę robić po liceum, oprócz tego, że chcę pracować. Nie chcę iść na studia, ale wiem, że muszę. Muszę się zmusić, bo praca na kasie w biedronce czy w macu na zmywaku nie zapewni mi życiowego sukcesu, a skończenie studiów (ha-ha-ha) podobno tak. O ile nie wybiorę się na stosunki międzynarodowe, czy kij wie co.
Kiedyś rozważałem resocjalizację, to były chyba jedyny zawód, w którym bym się spełnił, który wykonywałbym z... radością, zwyczajnie. Ale dowiedziałem się, że aby dostać się na ten kierunek, muszę zdać albo WoS albo jakiś przedmiot ścisły (była to chyba fizyka i astronomia, sic!). Będąc w klasie językowo-prawnej, mając w rozszerzeniach angielski, niemiecki i historię, nie mam nawet co liczyć. Już zresztą nauczyciel przedmiotu uświadomił mnie, że porywanie się na WoS to powolne samobójstwo, już lepiej napisać historię, bo to przynajmniej bardziej przypomina dekapitację niż wielogodzinną agonię.
Także został mi jeszcze angielski i moje minione plany na pójście na anglistykę. Które chyba będę musiał odświeżyć, bo innego pomysłu na życie nie mam, a na te nieszczęsne studia pójść muszę. Może zostanę nauczycielem? Kto wie. Może tłumaczem? Zobaczymy. Jednak na pewno nie będzie to zawód, który będzie mnie cieszył. Mogę teraz przesadzać, bo mój wszędobylski pesymizm czasem za bardzo przybiera na sile, ale mam wrażenie, że to nie to, czego w życiu szukam. Jednak co zrobić, kiedy nie ma się właściwie wyboru. No więc, jeśli kiedykolwiek traficie na anglistę nienawidzącego wszystko i wszystkich, to będę ja. Współczuję.
Chyba jestem najmniej zdecydowanym człowiekiem na świecie.
Ale czy to moja wina, że jeszcze nie dojrzałem do tego poziomu? Że nie chcę decydować o całym swoim życiu, o przyszłości, mając zaledwie osiemnaście lat? Czy można mi mieć to za złe? Nie będę odpowiadał na te pytania, bo pewnie każdy ma inny pogląd na tę sprawę. Jednak uważam, że rzucanie dziecka (tak, jestem dzieckiem, nie czuję się dorosły, tylko dlatego bo mam dokument, który uprawnia mnie do zakupu alkoholu) na głęboką wodę to chory system. Chory system, jak i cały ten kraj.
Blah, blaah, blah. Mógłbym tu napisać wszystko, ale kto to czyta? Kto w dzisiejszych czasach ma czas, by przysiąść nad czymś na dłużej niż chwilę i właściwie się tym zainteresować? W tym pędzącym przed siebie świecie, już na nic nigdy nie ma czasu. Może to jest problemem? Czas. Wcześniej to musieli mieć pięknie, kiedy nikt się nigdy nie musiał nigdzie śpieszyć. Początek dnia wyznaczał świt, pianie koguta, koniec dnia zachód słońca. Zawsze na wszystko był ten czas i nikt nie narzekał. A teraz? Gdzie tylko nie pójdę, kogokolwiek tylko o coś nie poproszę to słyszę "nie teraz, nie mam czasu". Czy czas się skurczył wraz z postępem techniki? Czy gdybym właśnie nie spędził godziny na pisaniu swojego wywodu, to miałbym czas wyjść na spacer z psem? Czy gdybym nie grał wcześniej dwóch godzin w Dragon Age, to czy miałbym czas pomóc mojej mamie w robieniu ciasta? No miałbym. No więc, jak to jest z tym czasem? Skurczył się, czy nie? Czy może to "nie mam czasu" jest tylko naszą marną wymówką, że się nam po prostu nie chce, że wolimy poświęcić uwagę czemuś innemu? Bo czasu jest pod dostatkiem, doba ma dwadzieścia cztery godziny, a to spory okres. Nikt nam chyba minut nie zjada, sami godzimy się marnować je na przyziemne rozrywki. A co to za życie, kiedy jesteśmy zależni od technologii. Czytałem gdzieś, że taki przeciętny zjadacz chleba marnuje około 4 godzin dziennie nie robiąc nic - siedząc przed kompem, telewizorem, wgapiając się w telefon. To trochę straszne. Bo to technika miała nam służyć jako ułatwienie codzienności, a chyba powoli stajemy się niewolnikami.O czym był ten post? Sam nie wiem. Tak piszę sobie trochę bez sensu i we światy, jednak chyba mi tego brakowało. Takiego wylania natłoku myśli gdzieś, gdziekolwiek. Dziennika nie posiadam, dlatego katuję internety, boo hoo.
pis joł


