środa, 23 marca 2016

you got the motherfuckin' right to remain violent

Brak komentarzy:

   Woo! Przypomniałem sobie, że założyłem kiedyś coś takiego, jak ten pseudo-blog, by móc się uzewnętrzniać! Woo!
   Także wieczór wam wszystkim. Nie wiem czy dobry, ale wieczór na pewno, więc witajcie. Zapewne pisze sam do siebie, ale czy to ma jakieś znaczenie? Who knows, who cares.
No więc - rok. Rok z hakiem minął od ostatniego posta, co oznacza, że jestem w drugiej klasie liceum, niedługo stuknie mi osiemnastka. Może więc czas zrobić jakieś podsumowanie? Podsumowanie dotychczasowego życia; osiągnięć, czy coś podobnego, jak to robili jacyś-tam-romantycy, co zasłyszałem kiedyś na lekcji polskiego, gdy akurat nie spałem.
Tak patrząc z perspektywy czasu - od założenia tego bloga (i dodania zniewalającej liczby postów) -zmieniłem się o jakieś sto osiemdziesiąt stopni i aż sam się zdziwiłem. Czytając te moje wcześniejsze wypociny, mam wrażenie, że czytam słowa zupełnie innego człowieka. Ale jak to tak? Przecież to byłem ja, dwa lata młodszy, ale wciąż ja. Dlaczego więc to myślenie wydaje mi się tak obce? Nie rozumiem, przecież w moim nudnym życiu nie wydarzył się jakiś przełom, który zaburzyłby mój światopogląd. Czy tak działa dorastanie? Jeśli tak, to ja dorastać już nie chcę.
   Wtedy wszystko wydawało się jakieś prostsze, nawet pomimo nawarstwienia moich często wyimaginowanych problemów; wszystko było prostsze. Teraz muszę już myśleć o swojej przyszłości, o maturze, która czai się za rogiem, o studiach, bla bla bla, o tym wszystkim, wiążącym się z dorosłością. Ale ja nie chce.
   Nie i już.
   Bo nie mam na siebie żadnego pomysłu. Nie mam pojęcia czego chciałbym się podjąć, na jaki kierunek pójść na uczelnię, co robić za x lat. Kiedyś było łatwiej, bo nie miałem tych pseudofilozoficznych rozterek. Miałem wyraźnie wytyczony cel - skończyć szkołę, pójść na anglistykę, cieszyć się życiem, może nawet pewnego dnia założyć rodzinę. Teraz wszystko to się posypało. Już nie wiem, co chcę robić po liceum, oprócz tego, że chcę pracować. Nie chcę iść na studia, ale wiem, że muszę. Muszę się zmusić, bo praca na kasie w biedronce czy w macu na zmywaku nie zapewni mi życiowego sukcesu, a skończenie studiów (ha-ha-ha) podobno tak. O ile nie wybiorę się na stosunki międzynarodowe, czy kij wie co.
   Kiedyś rozważałem resocjalizację, to były chyba jedyny zawód, w którym bym się spełnił, który wykonywałbym z... radością, zwyczajnie. Ale dowiedziałem się, że aby dostać się na ten kierunek, muszę zdać albo WoS albo jakiś przedmiot ścisły (była to chyba fizyka i astronomia, sic!). Będąc w klasie językowo-prawnej, mając w rozszerzeniach angielski, niemiecki i historię, nie mam nawet co liczyć. Już zresztą nauczyciel przedmiotu uświadomił mnie, że porywanie się na WoS to powolne samobójstwo, już lepiej napisać historię, bo to przynajmniej bardziej przypomina dekapitację niż wielogodzinną agonię.
   Także został mi jeszcze angielski i moje minione plany na pójście na anglistykę. Które chyba będę musiał odświeżyć, bo innego pomysłu na życie nie mam, a na te nieszczęsne studia pójść muszę. Może zostanę nauczycielem? Kto wie. Może tłumaczem? Zobaczymy. Jednak na pewno nie będzie to zawód, który będzie mnie cieszył. Mogę teraz przesadzać, bo mój wszędobylski pesymizm czasem za bardzo przybiera na sile, ale mam wrażenie, że to nie to, czego w życiu szukam. Jednak co zrobić, kiedy nie ma się właściwie wyboru. No więc, jeśli kiedykolwiek traficie na anglistę nienawidzącego wszystko i wszystkich, to będę ja. Współczuję.
   Chyba jestem najmniej zdecydowanym człowiekiem na świecie.
   Ale czy to moja wina, że jeszcze nie dojrzałem do tego poziomu? Że nie chcę decydować o całym swoim życiu, o przyszłości, mając zaledwie osiemnaście lat? Czy można mi mieć to za złe? Nie będę odpowiadał na te pytania, bo pewnie każdy ma inny pogląd na tę sprawę. Jednak uważam, że rzucanie dziecka (tak, jestem dzieckiem, nie czuję się dorosły, tylko dlatego bo mam dokument, który uprawnia mnie do zakupu alkoholu) na głęboką wodę to chory system. Chory system, jak i cały ten kraj.
   Blah, blaah, blah. Mógłbym tu napisać wszystko, ale kto to czyta? Kto w dzisiejszych czasach ma czas, by przysiąść nad czymś na dłużej niż chwilę i właściwie się tym zainteresować? W tym pędzącym przed siebie świecie, już na nic nigdy nie ma czasu. Może to jest problemem? Czas. Wcześniej to musieli mieć pięknie, kiedy nikt się nigdy nie musiał nigdzie śpieszyć. Początek dnia wyznaczał świt, pianie koguta, koniec dnia zachód słońca. Zawsze na wszystko był ten czas i nikt nie narzekał. A teraz? Gdzie tylko nie pójdę, kogokolwiek tylko o coś nie poproszę to słyszę "nie teraz, nie mam czasu". Czy czas się skurczył wraz z postępem techniki? Czy gdybym właśnie nie spędził godziny na pisaniu swojego wywodu, to miałbym czas wyjść na spacer z psem?  Czy gdybym nie grał wcześniej dwóch godzin w Dragon Age, to czy miałbym czas pomóc mojej mamie w robieniu ciasta? No miałbym. No więc, jak to jest z tym czasem? Skurczył się, czy nie? Czy może to "nie mam czasu" jest tylko naszą marną wymówką, że się nam po prostu nie chce, że wolimy poświęcić uwagę czemuś innemu? Bo czasu jest pod dostatkiem, doba ma dwadzieścia cztery godziny, a to spory okres. Nikt nam chyba minut nie zjada, sami godzimy się marnować je na przyziemne rozrywki. A co to za życie, kiedy jesteśmy zależni od technologii. Czytałem gdzieś, że taki przeciętny zjadacz chleba marnuje około 4 godzin dziennie nie robiąc nic - siedząc przed kompem, telewizorem, wgapiając się w telefon. To trochę straszne. Bo to technika miała nam służyć jako ułatwienie codzienności, a chyba powoli stajemy się niewolnikami.
   O czym był ten post? Sam nie wiem.  Tak piszę sobie trochę bez sensu i we światy, jednak chyba mi tego brakowało. Takiego wylania natłoku myśli gdzieś, gdziekolwiek. Dziennika nie posiadam, dlatego katuję internety, boo hoo.
   Aha. Od pół godziny szukam jakiegoś nowego szablonu na bloga, ale chyba teraz większość szabloniarek (no offence) ma  oczy w dupie. Więc będziemy musieli zostać przy starym.
pis joł


piątek, 13 lutego 2015

Na co by tu ponarzekać?

Brak komentarzy:
            Coś dawno mnie tu nie było, a to w sumie dziwne - bo tematów, o których mogę biadolić na pewno nie ubyło, wręcz przeciwnie.

           Ferie mi się właśnie kończą - yeey będę wreszcie mógł wrócić do codziennego zakuwania po kilka godzin, jak się cieszę! Po pół roku chodzenia do liceum stwierdzam bez owijania - przepadłem. Zupełnie nie przewidywałem, że klasa policyjna tak może mnie rozłożyć na łopatki i to bynajmniej przez ćwiczenia fizyczne, czy jakiś wysiłek sportowy, jakby się to komuś mogło wydawać. Zostałem pokonany przez naukę i zbyt wysoki poziom szkoły. Mój zwyczajny tydzień wygląda następująco: zajęcia od 7.15 do 14/15, chwila spokoju, obiad i inne duperele, i muszę się iść uczyć, bo materiału jest tyle, że praktycznie codziennie ktoś robi nam niespodzianki w postaci kartkówek. I szczerze mówiąc... Nigdy nawet nie przewidywałem, że tak może wyglądać klasa policyjna. W dodatku miałem trochę czasu na myślenie i powoli dochodzę do wniosku, że marnuję tu sobie życie. W końcu co będę mieć po liceum? Maturę? To samo mógłbym mieć w technikum + miałbym jakiś zawód. A tutaj nic, nawet marnych punktów do rekrutacji w Policji. Jedyne co mi zostanie po szkole, to jakże stylowe, granatowe i o kilka rozmiarów za duże, bluzy policyjne. Tak!
Mój całkowity tok myślenia i tak zupełnie się zmienił, bo na studia zamierzam wybrać się na anglistykę. Także tego, no...
         W dodatku jeszcze ten despotyczny dyrektor, który uczy nas sztuk walk, super. Po każdej lekcji wychodzę z coraz to nowszymi siniakami, i cholera,  jeszcze jakiś czas i będę wyglądał jak chodząca śliwa. Dobra, kij, jeszcze pól roku i wakacje, można wszystko sobie przemyśleć, jednak szczerze wątpię, by rodzice pozwolili mi zmienić szkołę. W końcu tak bardzo są szczęśliwi, że postanowiłem wybrać taki przyszłościowy zawód, jakim jest praca w policji! Z wielką przykrością (cholerny kłamca) przyjdzie mi poinformowanie ich, że rzeczywistość jest zupełnie inna. No nieważne.
        Przynajmniej jedno z moich największych marzeń się spełniło - mam psa! Psa, który okazał się suką, czary-mary. W ogłoszeniu wspominano o psie, od spodu też wyglądało to na psa, ale weterynarz ostatnio nas uświadomił, że chyba coś jest nie ten tego. Matka wspominała, że jest to jakaś hybryda czegoś tam z czymś tam, ale jak dla mnie to-to-to wygląda na małego labradora. Wkurzające, piszczące nocami zwierze, które nie uspokoi się, dopóki nie weźmie się tego na ręce. I tak do rana. Ale i tak zdążyłem ją już pokochać. Cudowny z niej szczur, a wabi się Bestia. Bo to właśnie prawdziwa bestia będzie, co zamierza mierzyć 30 cm. Nic tylko uciekać w popłochu. Kiedyś myślałem nad tym, coby ją nazwać Ugryź i posprawdzać reakcje przechodniów, kiedy to wołałbym za nią. Jestem nienormalny, wiem.
       W ogóle czyta ktoś Przyczajoną Logikę?  Jeśli nie, to nic tylko żałować, serio. Pod niedawną analizą dojrzałego opka o Harrym Potterze i Voldemorcie (vel Pupusiu, jak go aŁtorka nazwała) co to na każdym kroku sprawdzali sprawność swoich odbytów, wywołała się niezła gównoburza między zwolennikami braku-logiki-i-ogólnie-wszystkiego-ale-gejowskie-seksy-zawsze-spoko i trzeźwo myślącymi ludźmi, posiadającymi sensowne argumenty. Od dawna nie miałem takiej uciechy, poważnie. Obrońcy blogaska chcieli nawet do prawników się odwoływać. "Halo, Policja? Proszę przyjechać na analizatornię, oni śmio się chichrać z tego tforu". I w tym momencie ja, jako przyszły policjant, wkraczam i zgarniam całą ekipę, która odważyła się naruszyć święte granice punktu któregoś tam z regulaminu świętej krowy aŁtorki i zanalizowały tekst bez pozwolenia. No klops, pójdziecie siedzieć. Ale serio, nie polecam czytać ludziom o słabych nerwach, takiego poziomu absurdu dawno internety nie widziały. A opko jest zwyczajnie obrzydliwe i wcale nie przesadzam. Indżojcie.
*flies away*

sobota, 14 czerwca 2014

A kysz, pesymizmie!

Brak komentarzy:

.



    Wakacje. Cudowne wakacje.
Gdy byłem dzieckiem już samo to słowo robiło na mnie wrażenie, a co dopiero świadomość, że jeszcze tydzień i wreszcie pożegnam się ze szkołą na całe dwa, piękne miesiące. Teraz jednak czuję się tak... Zwyczajnie, nawet aż za bardzo. Smutno mi poniekąd.
    Wreszcie jestem po testach gimnazjalnych, które o dziwo okazały się banalnie proste. Podobno. Dla mnie łatwa była tylko część humanistyczna, przedmioty ścisłe to nie moja bajka (chociaż może po prostu jestem debilem). Logiczne myślenie nigdy mnie nie lubiło i zawsze uciekało z krzykiem, gdy poprosiłem o chociażby maleńką pomoc.
No cóż, nikt nie rodzi się doskonały. Chyba.
    Na wyniki pozostaje mi poczekać do 18 czerwca i liczę na raczej wysokie procenty. He.
Ze zdaniem egzaminów, a tym bardziej - końcem roku - wiąże się wybór szkoły. Ja już od dawna wiedziałem, że moim typem będzie klasa mundurowa i tego się trzymam. Co prawda obawiam się, że sobie nie poradzę, ale staram się odrzucić ten wszędobylski pesymizm na bok.
Najbardziej jednak martwi mnie nowa klasa. Do szkoły idę sam, bez znajomków, głównie przez to, że liceum znajduje się dwa miasta dalej, a mieszkać będę w internacie. Wiadomo, nigdy nie jest się do końca pewnym, że nie będzie się dzieliło pokoju z jakimś psycholem lub co gorsza - półgłówkiem. Jednak idiotyzmem byłoby zrezygnowanie ze swojego marzenia, tylko z uwagi na te durne obawy. Będzie co będzie, może nie trzeba patrzeć na to w ten sposób...
Przykro mi będzie zostawiać moją biedną, zaniedbaną gimbazę, nawet pomimo tego, że nigdy nie byłem specjalnie związany z ludźmi z mojej klasy. Ot, klasa, jak klasa, ani dobra, ani zła, zawsze mogłem trafić gorzej. Za to większość naszego, jakże cudownego, grona pedagogicznego to przemiłe osoby, których naprawdę żal będzie zostawiać. To dość przygnębiające, codziennie patrząc na to, jak muszą użerać się z niektórymi dzieciakami-ignorantami. Płacą im za nauczanie, a nie za wychowywanie bachorów innych, ech. Najserdeczniejsze pozdrowienia dla szanownej Pani matematyczki, nawet pomimo tego, że matma to zło (lub ja jestem na nią zbyt głupi), to ona potrafiła uczyć w taki sposób, że wszystko wydawało się łatwiejsze.
Geez, to brzmi jak jakieś wyznanie miłosne do sześćdziesięcioletniej kobity. Okej, stop. Po prostu jestem jej bardzo wdzięczny za ułatwienie mi życia.
    Wracając do tematu - wakacje. Nie cieszę się. Czemu?
Najprawdopodobniej będę siedział całe dwa miesiące w domu - niestety. Jedynym urozmaiceniem będzie wizyta u znajomego, pierwszy raz od półtora roku, odkąd się poznaliśmy. A wpadliśmy na siebie przez zupełny przypadek, grając w cholernie sztampową grę - w LoLa. Znamy się już dobry kawał czasu, ale to już materiał na inną historię. Cóż, jestem prawie pewny, że nie wpadnę na jakiegoś starego pedofila. Prawie...
Teoretycznie mamy się zobaczyć w Katowicach, na evencie Pog(R)adajmy (polecam), gdzie jak zwykle będzie masa ludzi. Może się uda.
Resztę wakacji pewnie spędzę nic-nie-robiąc lub martwiąc się swoją przyszłością i nową szkołą. No, prawie już do tego przywykłem.
   Może trzeba sobie znaleźć jakieś hobby?



środa, 26 marca 2014

wyłudzacz pospolity.

1 komentarz:



   Tak mnie natchnęło na opisanie sytuacji, która przytrafiła mi się dzisiaj po południu. A raczej, której byłem świadkiem.
   Ze szkoły do mojego miejsca zamieszkania mam jakieś 20 minut  jazdy autobusem, które zresztą nie kursują zbyt często, gdyż - ładnie mówiąc - mieszkam na zadupiu. Średnio trzeba czekać godzinę lub półtorej na pojawienie się starego rzęcha, dlatego zazwyczaj mam dużo czasu. Dużo czasu na stanie pod cukiernią, przy której jest przystanek, i gapienie się na gablotę z tortami i ciastami, czym sam siebie torturuję.  Nie wiem czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo, ale po prostu nie mogę jeść słodyczy. Nic, null, zero, od razu po nich rzygam. Problemem jest to, że je uwielbiam, dlatego często wygląda u mnie to tak, że się czymś napcham, mam jakieś pięć minut przyjemności i kolejne piętnaście w ubikacji. Mimo to cholernie trudno jest mi się powstrzymać. Jestem masochistą, tak wiem.
   Odbiegam trochę od tematu.
   Pod ową cukiernią często przesiadują Rumuni/Cyganie/Romowie/Kij-wie-kto i żebrzą o pieniądze, na co tylko uda im się wymyślić. Nie jest to jakiś ewenement, często się ich tutaj spotyka, właściwie wszędzie. Najczęściej są to dorosłe kobiety z dziwnie grzecznymi dziećmi i ZAWSZE śpiącymi bobasami (kiedyś czytałem artykuł na temat tego, że niemowlaki są faszerowane lekami i narkotykami, żeby zasypiały, ale to już swoją drogą...). Zauważyłem, że to naprawdę niezły biznes. We środę (w naszym mieście to coś w stylu dnia targowego, wszyscy się wtedy zlatują i kupują masowo), w ciągu godziny kobieta uzbierała na oko, z tego co udało mi się dojrzeć, około 100/150 złotych. No ładnie, prawda? Moja matka musi ciężko harować za stawkę 8zł/h, a jakaś baba za siedzenie na dupie i mamrotanie pod nosem co chwile tych samych słów, kilkanaście razy więcej. No nic tylko iść żebrać! Nie dość, że wyłudzają tyle pieniędzy dziennie, to jeszcze mają czelność kraść.
   Teraz historia właściwa. Dzisiejszego dnia wokół przystanku kolejny raz kręcili się ci osobnicy, wykonując swój codzienny rytuał. Dokładniej - była to dziewczynka, w wieku około 6, może 7 lat, która zaczepiała ludzi, a także jej matka, nadzorująca naukę córki. W pewnym momencie dziecko podeszło do kobiety stojącej obok mnie, rozmawiającej przez telefon. Dziewczynka ją zaczepiła, natrętnie nalegając, ale tamta zbyła ją w dość "niemiły" sposób, po prostu każąc jej spieprzać, bo "była zajęta". Małej psychopatce najwyraźniej bardzo odpowiedź się nie spodobała. Nie minęła chwila, a kobieta stała zgięta w pół z bólu od zasadzonego prawego sierpowego w brzuch, już bez torebki i telefonu. Przyznam szczerze - nie zareagowałem. Byłem zwyczajnie w szoku. Potem wszystko potoczyło się szybko, mała razem ze swoją matką pędziły ho, ho przed siebie (i tu wam powiem, że grubi ludzie, którzy biegają wyglądają naprawdę zabawnie), baba w ryk, a gapie, jak to gapie, wpatrują się.
   Nie, nie skończyło się to happy endem, nie odnalazłem w sobie naglę bohaterskich cech, nie zamieniłem się w supermana, ani żaden ze świadków. Jeśli mam być szczery, to nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. Co, że niby miałbym za nią pobiec? Tak, to pewnie zrobił by każdy normalny, trzeźwo myślący człowiek. Ale ja nie myślałem trzeźwo, zresztą, wątpię, że gdybym nawet spróbował, to bym ją dogonił, szczególnie z uszkodzonym kolanem.
Zresztą, czy gdybym ja był w podobnej sytuacji, to ktokolwiek pomógłby mi? Śmiem powątpiewać. Nie w tym mieście. Nie w tym kraju.
   Jak na razie, mimo braku pięknego zakończenia tej historii, myślę, że to tylko kwestia czasu. Moja miejscowość nie jest duża, generalnie, to raczej ciężko byłoby przeoczyć nasze bohaterki...
   Tylko tak się zastanawiam, jakim trzeba być człowiekiem, żeby zmuszać swoje własne dziecko do żebrania na ulicy, do kradzieży i przemocy? Czy "to" można w ogóle nazwać rodzicielstwem?

sobota, 15 marca 2014

postaw mi drinka.

2 komentarze:
   Mój ojciec jest alkoholikiem. Jest alkoholikiem i szczerzę go nienawidzę za to co robi. Za to, że dla niego to wcale nie jest problem. To codzienność.
Czasami pytam sam siebie "dlaczego to musiałem być ja? Dlaczego?". Moje życie to jeden wielki pech, więc dlaczego nawet w domu, w miejscu, w którym teoretycznie mogę wreszcie odpocząć, nie mam spokoju? Nie mogę znaleźć chwili wytchnienia od innych problemów, nie mogę się uczyć, bo muzyka jest włączona na fulla każdego dnia (pomijając już fakt, że NIE MAM drzwi w moim "pokoju". Klatka to chyba trafniejsze określenie), nie mam nawet miejsca dla siebie. Czuję się niechciany, co codziennie jest mi wytykane, że jestem niepotrzebny.  Zapewne nie jestem jakimś wyjątkiem, wielu ludzi ma to samo, a nawet gorzej. Teoretycznie powinienem dziękować, że nie jest tak źle. Że mam dom, że jest wystarczająco pieniędzy, żebym nie chodził jak menel, że jest co jeść, że jest ten głupi internet. Ale tak się nie da. Ja nie potrafię w ten sposób. Oddałbym to wszystko, za ten cholerny spokój. Za normalną rodzinę. Ja nie potrzebuje wiele, z chęcią wymieniłbym się. Nie potrzebuje bogatej rodziny, ja chce tylko spokój, chce zrozumienie i chce czuć się chciany, wspierany, kochany. Tylko tyle.
   Niedawno zrozumiałem, że z moja psychiką jest coś naprawdę nie tak jak trzeba. Ale zapewne nie pójdę z tym do nikogo, bo mimo wszystko nie chcę robić problemów moim rodzicom. Bo po co, to niepotrzebne. Przyzwyczaiłem się do tego, że jest źle, nie chce tego jeszcze pogarszać.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy mają gorzej, a nawet nie narzekają, nawet nie pisną słówkiem i są zadowoleni z tego co mają. Podziwiam ich, bo ja już nie mogę wytrzymać, a wcale nie mam tak tragicznie. Po prostu jestem słabą cipą.
Męczą mnie już te codzienne libacje, kłótnie, wyzwiska, ta przemoc.
Przynajmniej teraz wiem, jakim człowiekiem nie chce być i co zrobić, by nim nie zostać.
   Najbardziej jednak jest mi żal mojej matki, po części jej współczuję, a z drugiej strony czuję wielką pogardę. Wpadła przez mojego ojca. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślała by o dotknięciu papierosów czy alkoholu, teraz jednak jest tak samo żałosna jak i mój ojciec, a nawet bardziej. Tatuś mój ukochany przynajmniej potrafi się do tego przyznać, że pije (chociaż nie akceptuje tego, że jakoby jest alkoholikiem. No jakże!) i nie kryje się z tym, co moja matka nie potrafi zrobić. Ona udaje, że wszystko jest okej, jak w najlepszym porządku. To, że sobie popija, kryjąc szklankę z wódką pod krzesłem, to nic, przecież tego się nie da zauważyć! No a jak! Zresztą, na każde tego wspomnienie jest od razu krzyk i kłótnia - "nie interesuj się gówniarzu, zarabiam na ciebie i na ten dom. Jestem dorosła, mogę robić co chcę. Ciesz się z tego co masz!". Tak, rozumiem to i jestem wdzięczny. Potrafię to docenić. Ale to nie znaczy, że nie będę się przejmować, tym jak niszczy siebie, a potem, jak wytrzeźwieje, udaje, że wszystko jest okej. Nie jest, do cholery, okej. Nie było i nie będzie.
   Czasem wyobrażam sobie, że są to dwie zupełnie różne osoby. Kiedy jest trzeźwa i kiedy pijana, wtedy zachowuje się w zupełnie inny sposób, to aż dziwne. Akceptuje tylko tę pierwszą wersję. Pomaga mi to w pewien sposób, chociaż może się to wydawać dziwne.
   Niestety nie jestem silny na tyle, by sobie z tym poradzić, jestem wiecznym, "praktykującym pesymistą", mam słabą wolę i zero samozaparcia. To naprawdę męczące, od dawna staram się zrobić cokolwiek, żeby się zmienić, ale nie potrafię.
   Nie potrafię się zmienić, nie potrafię być silny.

środa, 12 marca 2014

me neither.

1 komentarz:
Cześć, witam, dzień dobry.
Może zaznaczę na początku, by potem nie było rozczarowań - tak, to jest kolejny blog nastolatka, biednego-nie-kochanego-gimbusa-i-tak-dalej, i tak, zamierzam tutaj wylewać swoje smuty. Czujcie się ostrzeżeni.
Cyryl jestem, lat mam szesnaście, a moi rodzice to nieźli despoci, którzy nazwali mnie tak, chyba wyłącznie dla własnej uciechy. Mieszkam na śląsku.
Interesuje się... właściwie wszystkim po trochu. Jestem wielkim fanem seriali Moffata oraz wszelakich filmów, z wyjątkiem romansów (brr ;-;).
W wolnych chwilach siedzę na dupie i nie robię nic, bo jestem aspołecznym gimbem, czego sam jestem sobie winien. Niestety, jestem zbyt leniwy by to zmienić. Jak słodko.
Mimo wszystko, wolę napisać to od razu, a nie kreować się na nie wiadomo kogo, jestem po prostu sobą, nikim więcej.
Jeśli chodzi o muzykę, to preferuje punk rock, no i indie rock. Ostatnio obsesyjnie słucham Farben Lehre i Kasabian. Taki mały stalker się rodzi, hehe.
Więcej o mnie, zapewne, w kolejnych postach. Od razu zaznaczam, że pisać będę o wszystkim, bo tak, bo mogę. Nie jestem ukierunkowany na dany temat.
Dziękuję za uwagę.