środa, 26 marca 2014
wyłudzacz pospolity.
Autor:
Dante
1 komentarz:
Tak mnie natchnęło na opisanie sytuacji, która przytrafiła mi się dzisiaj po południu. A raczej, której byłem świadkiem.
Ze szkoły do mojego miejsca zamieszkania mam jakieś 20 minut jazdy autobusem, które zresztą nie kursują zbyt często, gdyż - ładnie mówiąc - mieszkam na zadupiu. Średnio trzeba czekać godzinę lub półtorej na pojawienie się starego rzęcha, dlatego zazwyczaj mam dużo czasu. Dużo czasu na stanie pod cukiernią, przy której jest przystanek, i gapienie się na gablotę z tortami i ciastami, czym sam siebie torturuję. Nie wiem czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo, ale po prostu nie mogę jeść słodyczy. Nic, null, zero, od razu po nich rzygam. Problemem jest to, że je uwielbiam, dlatego często wygląda u mnie to tak, że się czymś napcham, mam jakieś pięć minut przyjemności i kolejne piętnaście w ubikacji. Mimo to cholernie trudno jest mi się powstrzymać. Jestem masochistą, tak wiem.
Odbiegam trochę od tematu.
Pod ową cukiernią często przesiadują Rumuni/Cyganie/Romowie/Kij-wie-kto i żebrzą o pieniądze, na co tylko uda im się wymyślić. Nie jest to jakiś ewenement, często się ich tutaj spotyka, właściwie wszędzie. Najczęściej są to dorosłe kobiety z dziwnie grzecznymi dziećmi i ZAWSZE śpiącymi bobasami (kiedyś czytałem artykuł na temat tego, że niemowlaki są faszerowane lekami i narkotykami, żeby zasypiały, ale to już swoją drogą...). Zauważyłem, że to naprawdę niezły biznes. We środę (w naszym mieście to coś w stylu dnia targowego, wszyscy się wtedy zlatują i kupują masowo), w ciągu godziny kobieta uzbierała na oko, z tego co udało mi się dojrzeć, około 100/150 złotych. No ładnie, prawda? Moja matka musi ciężko harować za stawkę 8zł/h, a jakaś baba za siedzenie na dupie i mamrotanie pod nosem co chwile tych samych słów, kilkanaście razy więcej. No nic tylko iść żebrać! Nie dość, że wyłudzają tyle pieniędzy dziennie, to jeszcze mają czelność kraść.
Teraz historia właściwa. Dzisiejszego dnia wokół przystanku kolejny raz kręcili się ci osobnicy, wykonując swój codzienny rytuał. Dokładniej - była to dziewczynka, w wieku około 6, może 7 lat, która zaczepiała ludzi, a także jej matka, nadzorująca naukę córki. W pewnym momencie dziecko podeszło do kobiety stojącej obok mnie, rozmawiającej przez telefon. Dziewczynka ją zaczepiła, natrętnie nalegając, ale tamta zbyła ją w dość "niemiły" sposób, po prostu każąc jej spieprzać, bo "była zajęta". Małej psychopatce najwyraźniej bardzo odpowiedź się nie spodobała. Nie minęła chwila, a kobieta stała zgięta w pół z bólu od zasadzonego prawego sierpowego w brzuch, już bez torebki i telefonu. Przyznam szczerze - nie zareagowałem. Byłem zwyczajnie w szoku. Potem wszystko potoczyło się szybko, mała razem ze swoją matką pędziły ho, ho przed siebie (i tu wam powiem, że grubi ludzie, którzy biegają wyglądają naprawdę zabawnie), baba w ryk, a gapie, jak to gapie, wpatrują się.
Nie, nie skończyło się to happy endem, nie odnalazłem w sobie naglę bohaterskich cech, nie zamieniłem się w supermana, ani żaden ze świadków. Jeśli mam być szczery, to nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. Co, że niby miałbym za nią pobiec? Tak, to pewnie zrobił by każdy normalny, trzeźwo myślący człowiek. Ale ja nie myślałem trzeźwo, zresztą, wątpię, że gdybym nawet spróbował, to bym ją dogonił, szczególnie z uszkodzonym kolanem.
Zresztą, czy gdybym ja był w podobnej sytuacji, to ktokolwiek pomógłby mi? Śmiem powątpiewać. Nie w tym mieście. Nie w tym kraju.
Jak na razie, mimo braku pięknego zakończenia tej historii, myślę, że to tylko kwestia czasu. Moja miejscowość nie jest duża, generalnie, to raczej ciężko byłoby przeoczyć nasze bohaterki...
Tylko tak się zastanawiam, jakim trzeba być człowiekiem, żeby zmuszać swoje własne dziecko do żebrania na ulicy, do kradzieży i przemocy? Czy "to" można w ogóle nazwać rodzicielstwem?
sobota, 15 marca 2014
postaw mi drinka.
Autor:
Dante
2 komentarze:
Mój ojciec jest alkoholikiem. Jest alkoholikiem i szczerzę go nienawidzę za to co robi. Za to, że dla niego to wcale nie jest problem. To codzienność.
Czasami pytam sam siebie "dlaczego to musiałem być ja? Dlaczego?". Moje życie to jeden wielki pech, więc dlaczego nawet w domu, w miejscu, w którym teoretycznie mogę wreszcie odpocząć, nie mam spokoju? Nie mogę znaleźć chwili wytchnienia od innych problemów, nie mogę się uczyć, bo muzyka jest włączona na fulla każdego dnia (pomijając już fakt, że NIE MAM drzwi w moim "pokoju". Klatka to chyba trafniejsze określenie), nie mam nawet miejsca dla siebie. Czuję się niechciany, co codziennie jest mi wytykane, że jestem niepotrzebny. Zapewne nie jestem jakimś wyjątkiem, wielu ludzi ma to samo, a nawet gorzej. Teoretycznie powinienem dziękować, że nie jest tak źle. Że mam dom, że jest wystarczająco pieniędzy, żebym nie chodził jak menel, że jest co jeść, że jest ten głupi internet. Ale tak się nie da. Ja nie potrafię w ten sposób. Oddałbym to wszystko, za ten cholerny spokój. Za normalną rodzinę. Ja nie potrzebuje wiele, z chęcią wymieniłbym się. Nie potrzebuje bogatej rodziny, ja chce tylko spokój, chce zrozumienie i chce czuć się chciany, wspierany, kochany. Tylko tyle.
Niedawno zrozumiałem, że z moja psychiką jest coś naprawdę nie tak jak trzeba. Ale zapewne nie pójdę z tym do nikogo, bo mimo wszystko nie chcę robić problemów moim rodzicom. Bo po co, to niepotrzebne. Przyzwyczaiłem się do tego, że jest źle, nie chce tego jeszcze pogarszać.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy mają gorzej, a nawet nie narzekają, nawet nie pisną słówkiem i są zadowoleni z tego co mają. Podziwiam ich, bo ja już nie mogę wytrzymać, a wcale nie mam tak tragicznie. Po prostu jestem słabą cipą.
Męczą mnie już te codzienne libacje, kłótnie, wyzwiska, ta przemoc.
Przynajmniej teraz wiem, jakim człowiekiem nie chce być i co zrobić, by nim nie zostać.
Najbardziej jednak jest mi żal mojej matki, po części jej współczuję, a z drugiej strony czuję wielką pogardę. Wpadła przez mojego ojca. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślała by o dotknięciu papierosów czy alkoholu, teraz jednak jest tak samo żałosna jak i mój ojciec, a nawet bardziej. Tatuś mój ukochany przynajmniej potrafi się do tego przyznać, że pije (chociaż nie akceptuje tego, że jakoby jest alkoholikiem. No jakże!) i nie kryje się z tym, co moja matka nie potrafi zrobić. Ona udaje, że wszystko jest okej, jak w najlepszym porządku. To, że sobie popija, kryjąc szklankę z wódką pod krzesłem, to nic, przecież tego się nie da zauważyć! No a jak! Zresztą, na każde tego wspomnienie jest od razu krzyk i kłótnia - "nie interesuj się gówniarzu, zarabiam na ciebie i na ten dom. Jestem dorosła, mogę robić co chcę. Ciesz się z tego co masz!". Tak, rozumiem to i jestem wdzięczny. Potrafię to docenić. Ale to nie znaczy, że nie będę się przejmować, tym jak niszczy siebie, a potem, jak wytrzeźwieje, udaje, że wszystko jest okej. Nie jest, do cholery, okej. Nie było i nie będzie.
Czasem wyobrażam sobie, że są to dwie zupełnie różne osoby. Kiedy jest trzeźwa i kiedy pijana, wtedy zachowuje się w zupełnie inny sposób, to aż dziwne. Akceptuje tylko tę pierwszą wersję. Pomaga mi to w pewien sposób, chociaż może się to wydawać dziwne.
Niestety nie jestem silny na tyle, by sobie z tym poradzić, jestem wiecznym, "praktykującym pesymistą", mam słabą wolę i zero samozaparcia. To naprawdę męczące, od dawna staram się zrobić cokolwiek, żeby się zmienić, ale nie potrafię.
Nie potrafię się zmienić, nie potrafię być silny.
Czasami pytam sam siebie "dlaczego to musiałem być ja? Dlaczego?". Moje życie to jeden wielki pech, więc dlaczego nawet w domu, w miejscu, w którym teoretycznie mogę wreszcie odpocząć, nie mam spokoju? Nie mogę znaleźć chwili wytchnienia od innych problemów, nie mogę się uczyć, bo muzyka jest włączona na fulla każdego dnia (pomijając już fakt, że NIE MAM drzwi w moim "pokoju". Klatka to chyba trafniejsze określenie), nie mam nawet miejsca dla siebie. Czuję się niechciany, co codziennie jest mi wytykane, że jestem niepotrzebny. Zapewne nie jestem jakimś wyjątkiem, wielu ludzi ma to samo, a nawet gorzej. Teoretycznie powinienem dziękować, że nie jest tak źle. Że mam dom, że jest wystarczająco pieniędzy, żebym nie chodził jak menel, że jest co jeść, że jest ten głupi internet. Ale tak się nie da. Ja nie potrafię w ten sposób. Oddałbym to wszystko, za ten cholerny spokój. Za normalną rodzinę. Ja nie potrzebuje wiele, z chęcią wymieniłbym się. Nie potrzebuje bogatej rodziny, ja chce tylko spokój, chce zrozumienie i chce czuć się chciany, wspierany, kochany. Tylko tyle.
Niedawno zrozumiałem, że z moja psychiką jest coś naprawdę nie tak jak trzeba. Ale zapewne nie pójdę z tym do nikogo, bo mimo wszystko nie chcę robić problemów moim rodzicom. Bo po co, to niepotrzebne. Przyzwyczaiłem się do tego, że jest źle, nie chce tego jeszcze pogarszać.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy mają gorzej, a nawet nie narzekają, nawet nie pisną słówkiem i są zadowoleni z tego co mają. Podziwiam ich, bo ja już nie mogę wytrzymać, a wcale nie mam tak tragicznie. Po prostu jestem słabą cipą.
Męczą mnie już te codzienne libacje, kłótnie, wyzwiska, ta przemoc.
Przynajmniej teraz wiem, jakim człowiekiem nie chce być i co zrobić, by nim nie zostać.
Najbardziej jednak jest mi żal mojej matki, po części jej współczuję, a z drugiej strony czuję wielką pogardę. Wpadła przez mojego ojca. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślała by o dotknięciu papierosów czy alkoholu, teraz jednak jest tak samo żałosna jak i mój ojciec, a nawet bardziej. Tatuś mój ukochany przynajmniej potrafi się do tego przyznać, że pije (chociaż nie akceptuje tego, że jakoby jest alkoholikiem. No jakże!) i nie kryje się z tym, co moja matka nie potrafi zrobić. Ona udaje, że wszystko jest okej, jak w najlepszym porządku. To, że sobie popija, kryjąc szklankę z wódką pod krzesłem, to nic, przecież tego się nie da zauważyć! No a jak! Zresztą, na każde tego wspomnienie jest od razu krzyk i kłótnia - "nie interesuj się gówniarzu, zarabiam na ciebie i na ten dom. Jestem dorosła, mogę robić co chcę. Ciesz się z tego co masz!". Tak, rozumiem to i jestem wdzięczny. Potrafię to docenić. Ale to nie znaczy, że nie będę się przejmować, tym jak niszczy siebie, a potem, jak wytrzeźwieje, udaje, że wszystko jest okej. Nie jest, do cholery, okej. Nie było i nie będzie.
Czasem wyobrażam sobie, że są to dwie zupełnie różne osoby. Kiedy jest trzeźwa i kiedy pijana, wtedy zachowuje się w zupełnie inny sposób, to aż dziwne. Akceptuje tylko tę pierwszą wersję. Pomaga mi to w pewien sposób, chociaż może się to wydawać dziwne.
Niestety nie jestem silny na tyle, by sobie z tym poradzić, jestem wiecznym, "praktykującym pesymistą", mam słabą wolę i zero samozaparcia. To naprawdę męczące, od dawna staram się zrobić cokolwiek, żeby się zmienić, ale nie potrafię.
Nie potrafię się zmienić, nie potrafię być silny.
środa, 12 marca 2014
me neither.
Autor:
Dante
1 komentarz:
Cześć, witam, dzień dobry.
Może zaznaczę na początku, by potem nie było rozczarowań - tak, to jest kolejny blog nastolatka, biednego-nie-kochanego-gimbusa-i-tak-dalej, i tak, zamierzam tutaj wylewać swoje smuty. Czujcie się ostrzeżeni.
Cyryl jestem, lat mam szesnaście, a moi rodzice to nieźli despoci, którzy nazwali mnie tak, chyba wyłącznie dla własnej uciechy. Mieszkam na śląsku.
Interesuje się... właściwie wszystkim po trochu. Jestem wielkim fanem seriali Moffata oraz wszelakich filmów, z wyjątkiem romansów (brr ;-;).
W wolnych chwilach siedzę na dupie i nie robię nic, bo jestem aspołecznym gimbem, czego sam jestem sobie winien. Niestety, jestem zbyt leniwy by to zmienić. Jak słodko.
Mimo wszystko, wolę napisać to od razu, a nie kreować się na nie wiadomo kogo, jestem po prostu sobą, nikim więcej.
Jeśli chodzi o muzykę, to preferuje punk rock, no i indie rock. Ostatnio obsesyjnie słucham Farben Lehre i Kasabian. Taki mały stalker się rodzi, hehe.
Więcej o mnie, zapewne, w kolejnych postach. Od razu zaznaczam, że pisać będę o wszystkim, bo tak, bo mogę. Nie jestem ukierunkowany na dany temat.
Dziękuję za uwagę.
Może zaznaczę na początku, by potem nie było rozczarowań - tak, to jest kolejny blog nastolatka, biednego-nie-kochanego-gimbusa-i-tak-dalej, i tak, zamierzam tutaj wylewać swoje smuty. Czujcie się ostrzeżeni.
Cyryl jestem, lat mam szesnaście, a moi rodzice to nieźli despoci, którzy nazwali mnie tak, chyba wyłącznie dla własnej uciechy. Mieszkam na śląsku.
Interesuje się... właściwie wszystkim po trochu. Jestem wielkim fanem seriali Moffata oraz wszelakich filmów, z wyjątkiem romansów (brr ;-;).
W wolnych chwilach siedzę na dupie i nie robię nic, bo jestem aspołecznym gimbem, czego sam jestem sobie winien. Niestety, jestem zbyt leniwy by to zmienić. Jak słodko.
Mimo wszystko, wolę napisać to od razu, a nie kreować się na nie wiadomo kogo, jestem po prostu sobą, nikim więcej.
Jeśli chodzi o muzykę, to preferuje punk rock, no i indie rock. Ostatnio obsesyjnie słucham Farben Lehre i Kasabian. Taki mały stalker się rodzi, hehe.
Więcej o mnie, zapewne, w kolejnych postach. Od razu zaznaczam, że pisać będę o wszystkim, bo tak, bo mogę. Nie jestem ukierunkowany na dany temat.
Dziękuję za uwagę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)