.
Wakacje. Cudowne wakacje.
Gdy byłem dzieckiem już samo to słowo robiło na mnie wrażenie, a co dopiero świadomość, że jeszcze tydzień i wreszcie pożegnam się ze szkołą na całe dwa, piękne miesiące. Teraz jednak czuję się tak... Zwyczajnie, nawet aż za bardzo. Smutno mi poniekąd.
Wreszcie jestem po testach gimnazjalnych, które o dziwo okazały się banalnie proste. Podobno. Dla mnie łatwa była tylko część humanistyczna, przedmioty ścisłe to nie moja bajka (chociaż może po prostu jestem debilem). Logiczne myślenie nigdy mnie nie lubiło i zawsze uciekało z krzykiem, gdy poprosiłem o chociażby maleńką pomoc.
No cóż, nikt nie rodzi się doskonały. Chyba.
Na wyniki pozostaje mi poczekać do 18 czerwca i liczę na raczej wysokie procenty. He.
Ze zdaniem egzaminów, a tym bardziej - końcem roku - wiąże się wybór szkoły. Ja już od dawna wiedziałem, że moim typem będzie klasa mundurowa i tego się trzymam. Co prawda obawiam się, że sobie nie poradzę, ale staram się odrzucić ten wszędobylski pesymizm na bok.
Najbardziej jednak martwi mnie nowa klasa. Do szkoły idę sam, bez znajomków, głównie przez to, że liceum znajduje się dwa miasta dalej, a mieszkać będę w internacie. Wiadomo, nigdy nie jest się do końca pewnym, że nie będzie się dzieliło pokoju z jakimś psycholem lub co gorsza - półgłówkiem. Jednak idiotyzmem byłoby zrezygnowanie ze swojego marzenia, tylko z uwagi na te durne obawy. Będzie co będzie, może nie trzeba patrzeć na to w ten sposób...
Przykro mi będzie zostawiać moją biedną, zaniedbaną gimbazę, nawet pomimo tego, że nigdy nie byłem specjalnie związany z ludźmi z mojej klasy. Ot, klasa, jak klasa, ani dobra, ani zła, zawsze mogłem trafić gorzej. Za to większość naszego, jakże cudownego, grona pedagogicznego to przemiłe osoby, których naprawdę żal będzie zostawiać. To dość przygnębiające, codziennie patrząc na to, jak muszą użerać się z niektórymi dzieciakami-ignorantami. Płacą im za nauczanie, a nie za wychowywanie bachorów innych, ech. Najserdeczniejsze pozdrowienia dla szanownej Pani matematyczki, nawet pomimo tego, że matma to zło (lub ja jestem na nią zbyt głupi), to ona potrafiła uczyć w taki sposób, że wszystko wydawało się łatwiejsze.
Geez, to brzmi jak jakieś wyznanie miłosne do sześćdziesięcioletniej kobity. Okej, stop. Po prostu jestem jej bardzo wdzięczny za ułatwienie mi życia.
Wracając do tematu - wakacje. Nie cieszę się. Czemu?
Najprawdopodobniej będę siedział całe dwa miesiące w domu - niestety. Jedynym urozmaiceniem będzie wizyta u znajomego, pierwszy raz od półtora roku, odkąd się poznaliśmy. A wpadliśmy na siebie przez zupełny przypadek, grając w cholernie sztampową grę - w LoLa. Znamy się już dobry kawał czasu, ale to już materiał na inną historię. Cóż, jestem prawie pewny, że nie wpadnę na jakiegoś starego pedofila. Prawie...
Teoretycznie mamy się zobaczyć w Katowicach, na evencie Pog(R)adajmy (polecam), gdzie jak zwykle będzie masa ludzi. Może się uda.
Resztę wakacji pewnie spędzę nic-nie-robiąc lub martwiąc się swoją przyszłością i nową szkołą. No, prawie już do tego przywykłem.
Może trzeba sobie znaleźć jakieś hobby?